cinema.pl Newsy Dnia

poniedziałek, 23 listopad 2020 14:44

Aktorstwo to hazard... - Bartłomiej Firlet dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Bartłomiej Firlet ukończył PWST we Wrocławiu na wydziale aktorskim. Od drugiego roku studiów współpracował z Teatrem Ad Spectatores i później z Teatrem Współczesnym we Wrocławiu. Aktualnie aktora można zobaczyć na deskach OCH TEATRU. Na swoim koncie ma ponad dwadzieścia ról teatralnych i ponad pięćdziesiąt ról filmowych i telewizyjnych. Jego pasją są sporty wodne, boks, taniec, fotografia i podróże. 

 

Robert PopławskiZacznę może od tego co u Pana słychać? Jak Pan żyje w tych dziwnych czasach?

Z dnia na dzień, a te dziwne czasy jakoś przestały mnie dziwić. Trochę się przyzwyczaiłem, a może po prostu trudniej mnie już zaskoczyć. Z okna mojego mieszkania widzę Stadion Narodowy, pod którym 11 listopada rozegrała się kolejna bitwa. Czy jestem tym zaskoczony? Nie, bo od kiedy mieszkam w Warszawie, Dzień Niepodległości, a jednocześnie dzień moich imienin, tak właśnie wygląda. To już rytuał, że nad Saską Kępą nisko latają helikoptery. Szkoda tylko, że nie rozdaje się tradycyjnych wielkopolskich (skąd pochodzę) rogali świętomarcińskich, a palące się race. Przykro mi ale ... to już nie jest moje święto.

Tzw. lockdown to okres dla wielu branż ciężki w tym dla Was Artystów.

Absurdalny świat z filmów, czy książek stał się rzeczywistością. Mamy pandemię. Jak wszyscy, jesteśmy odizolowani od pracy, kolegów, bliskich. Normalne czynności są utrudnione z racji wzajemnego bezpieczeństwa, a do tego branża artystyczna od marca jest w trybie wegetatywnym. Na początku listopada odbył się protest środowiska artystycznego - głównie frilanserów pod hasłem #dajżyćkulturze. Niestety akcja była ledwo zauważalna w skutkach, ale szeroko krytykowana w sieci. Na czym polega problem? Środowisko jest podzielone na tych, którzy mają i na tych, którzy nie mają. Dysproporcje są olbrzymie. Pomocne mogłyby być odważne związki zawodowe ale  takich w Polsce nie ma. Większość artystycznego z tego sektora zarabia wyłącznie wtedy, gdy występuje i dziś nie mają całkowicie środków do życia, więc to na nich powinny się skupić instytucje pomocowe.

Sam też mam duże straty finansowe ze względu na pandemię i odwołane spektakle. Terminy miałem zarezerwowane od miesięcy, premiera nowego spektaklu niemalże gotowa; wystarczyło tylko ruszyć w trasę. Nie udało się zagrać żadnego z zaplanowanych spektakli przez te miesiące, więc nie zarobiłem nic. Szczęśliwie latem pracowałem na planie serialu “Ojciec Mateusz” a jesienią sporadycznie na planie “Lepszej połowy” więc mogę skromnie żyć z oszczędności. Telewizja to obecnie jedyna możliwość gdzie mogę zarobkowo uprawiać swój zawód. Nie wszyscy aktorzy mieli tyle szczęścia. Plany filmowe i serialowe mają swoją wyporność. Jeśli jednak pojawi się potrzeba ekonomiczna, to poszukam innej pracy zarobkowej.  

Ma pan obecnie dużo wolnego czasu. Jak Pan stara się go zapełnić, aby nie zwariować?

Nigdy nie miałem tyle czasu co teraz, mimo że staram się znaleźć sobie zajęcia. Dla mnie ratunkiem w tej sytuacji jest książka, film, wystawa, dobry serial czy dokument. Dzięki sztuce, to co dzieje się za oknem, na ulicach, czy przede wszystkim w polityce, staje się mniej inwazyjne. W zeszłym tygodniu odbył się chyba najciekawszy polski festiwal filmowy, pierwszy raz w wersji online; myślę tu o Nowych Horyzontach. By nie stracić połączenia z kinem wykupiłem kilka biletów. Widziałem tam bardzo oryginalny grecki film o pandemii amnezji „Niepamięć”. W komedio-tragicznej formie opowiada o samotności, której też trzeba się nauczyć, by żyć w społeczeństwie. Kolejne odkrycie to niezwykle poruszająca polska animacja „Zabij to i wyjedź z tego miasta” gdzie między innymi można usłyszeć głosy Andrzeja Wajdy, Ireny Kwiatkowskiej, czy Marka Kondrata. Szkoda tylko, że nie mogłem zobaczyć tego filmu w kinie, choć doceniam, że festiwal odbył się w tej formie. Galerie, muzea, kina, teatry zamknięte pozostaną nie wiadomo jeszcze jak długo. Możliwe, że część z nich nie przetrwa. Pozostaje kulturalne życie online pod warunkiem, że stać cię na bilet.

Wielu z aktorów przeniosło się do internetu np. na Instagram. Sam bardzo fajnie Pan obsługuje np. Instagram. Można tam też wykorzystać pasję, którą jest fotografia...

Myślę, że bardziej udzielałem się w sieci podczas pierwszego lockdownu. Zrobiłem kilka filmików. Starałem się, by w zabawnej formie, opisywały rzeczywistość. Robiłem też mini akcje dla medyków, w ramach podziękowań za to, że walczą o nasze zdrowie. Instagram jednak dla większości z nas to raczej komunikator i publiczny pamiętniczek fotograficzny. Na pewno ma też działanie promocyjne, ale dla większości użytkowników takich jak ja nie jest źródłem dochodów. Nie przeniosłem się więc do sieci, raczej w niej bywam. I im mniej tam jestem, tym chyba lepiej dla mnie.  

Czy to, że jest w Pana życiu więcej czasu ma Pan więcej czasu na inne pasje np. sportowe, które również nie są panu obce lub na podróże?

Niestety nie ma obecnie możliwości na bezpieczne przemieszczanie się w rejony, które by mnie interesowały. Pierwszy raz od dwudziestu lat ani razu w sezonie nie stanąłem na desce windsurfingowej, głównie z powodu braku warunków atmosferycznych gdy byłem nad wodą. Gdyby nie pandemia, na pewno nie pozwoliłbym na to, by z takim wynikiem zakończyć rok. Trochę rekompensuje mi to jazda na longboardzie po okolicznym parku. Zawsze można trochę poodpychać i poszukać balansu. A swoje kilkudniowe wypady wakacyjno-weekendowe spędziłem w górach, nad jeziorami w Wielkopolsce i na Mazurach, czyli blisko natury i świeżego powietrza. Na co dzień pozostają ćwiczenia w domu. Staram się, wykorzystać ten przymusowy czas wolny (nie przeczę - niezwykle trudny) i uczyć się nowych umiejętności. Jedną z nich jest inwestycja w lekcję tanga. Nie sądziłem, że odkryje taką przyjemność w powrocie do nauki tańca a satysfakcja z progresu porównywalna jest z pracą zawodową w najlepszym projekcie. Nauka czegoś nowego zawsze powoduje, że żyję. Więc chyba nie jest tak źle jak myślałem... (uśmiech)

Najbardziej zaskoczyła mnie informacja o boksie. Poważnie?

Większość ludzi spędza czas na siłowni. Dla mnie takie ćwiczenia nie są zbyt atrakcyjne. Dlatego wcześniej była Ashtanga Yoga, tenis ziemny, a przez trzy ostatnie lata trenowałem regularnie boks na zajęciach indywidualnych z trenerem. Boks to świetna umiejętność i chyba najlepszy wydolnościowy trening. W lutym tego roku zdarzyła się przedziwna sytuacja. Zostałem ugryziony przez pająka w łydkę, wdało się zakażenie i przez niemal miesiąc miałem trudności z chodzeniem. I uwaga - mamy w Polsce pająki, które potrafią zaszkodzić. Wypadłem wtedy z trenigów. Później nastąpił lockdown, a po powrocie na plan serialu nie mogłem ryzykować zarażenia Covidem, więc unikałem aktywności w pomieszczeniach i kontaktów z ludźmi spoza planu. Na ten moment zapowiada się u mnie długa przerwa w zdjęciach, więc obok tanga wrócę do bosku, by się trochę zmęczyć i odreagować.

Ostatnio jedną ze znaczących dla większej publiczności ról to postać Dziubaka w serialu “Ojciec Mateusz”. Bardzo sympatyczny młody człowiek. - Jak narodziła się sama postać Dziubaka? Ile w nim jest Pana lub/i na odwrót?

Od odcinka, w którym się pojawiam jako aspirant Antoni Dziubak minęło ponad pięć lat, więc już trudno pamiętać początki. Na pewno wygrałem casting i bardzo szybko po tym pojawiłem się na planie. Nie było zbyt dużo czasu na przygotowania. Przez pierwszą serię starałem się zaspokoić wizję scenarzystów i reżysera jaki powinien mój bohater. Myślę, że dzięki temu przetrwałem do kolejnego sezonu, a to też nie było takie oczywiste. Mam wrażenie, że w kolejnych sezonach postać stała się, mimo dość oryginalnej natury, bardziej autentyczna. Nadal najbardziej cieszą mnie tragikomiczne wątki mojej postaci, a w ostatnim sezonie było ich całkiem sporo.

Skończył Pan szkołę w 2008, jednak pracował Pan już w trakcie studiów. Co dała Panu szkoła we Wrocławiu?

Szkoła daje przynależność do pewnej zamkniętej grupy, tej wymarzonej - rodziny aktorskiej. Daje poczucie rozwoju, wspólnoty i obcowania z autorytetami. Tam dowiedziałem się czym jest etos pracy aktora, uczyłem się metody budowania roli, a przede wszystkim, jak nasze wymagania wobec siebie i zaangażowanie generują dobre, czy złe efekty. Szkoła to też najlepsze miejsce na popełnianie błędów, bo zobaczą je tylko nieliczni. To taka „komora przygotowawcza” do codziennych sytuacji zawodowych. W szkole gra każdy, po szkole zaczyna się walka. Już w szkole miałem duże szczęście i role jakie mi przypadały były niezwykle ciekawe od tytułowego Fantazego Słowackiego, Jezia w „Z małego dworku” Witkacego, Żewakina z "Ożenku" Gogola, czy baletmistrza Wacława Niżyńskiego i w dyplomie Franciszka Forda w „Wesołych kumoszkach z Windsoru” Shakespeare’a. Nigdy później takich propozycji nie otrzymałem mimo, iż pracuję nieustannie od zakończenia szkoły (śmiech), a nawet trochę wcześniej, bo pracę na planie rozpocząłem po pierwszym roku. Na drugim roku studiów zagrałem w spektaklu dyplomowym ostatniego rocznika i zadebiutowałem też w teatrze u boku moich profesorów.

Chciałby pan zacząć raz jeszcze?

Tęsknię za tym poczuciem wspólnoty, za studenckimi imprezami, za porannymi próbami w dusznych salkach i przede wszystkim za napotkanymi tam ludźmi. Jeśli chodzi o klimat szkoły, to bez wątpienia nie był to zmarnowany czas. Może mógłbym podjąć inne decyzje zawodowe, ale zdecydowanie nie chciałbym być dziś w skórze debiutanta. W dobie pandemii studenci, kończący aktorskie szkoły, mają jeszcze mniejsze szanse niż wcześniej. To oni potrzebują teraz większej atencji i dużego wsparcia środowiska. Nie mają szansy pokazać się na festiwalach, umówić się na rozmowę z dyrektorem teatru, czy poznać z castingerami. A najważniejsze, nie mają szans na stanięcie przed widownią teatralną. Spektakle dyplomy są wstrzymywane i w najlepszym wypadku odbędą się online. Współczuję im.

Teraz mieszka Pan w Warszawie, to już jest Pana miejsce? Na pewno jest to miejsce, które zapewnia najwięcej pracy.

Warszawa, do której przyjechałem dwanaście lat temu bardzo się zmieniła na korzyść choć ścieżek rowerowych nadal jest za mało jak na europejską stolicę. Obecnie rezyduję na Saskiej Kępie, która przypomina trochę małe miasteczko. Jest dużo zieleni, wszystkie usługi są pod ręką, więc do centrum wybieram się sporadycznie. Moja dzielnica to niemal środek aglomeracji, więc jest to też dobre miejsce wypadowe na plan, który codziennie jest gdzie indziej, z reguły jakieś dwadzieścia kilometrów od centrum. Mniej więcej stała kilometrówka gwarantuje komfort nie tylko dla mnie, bo daje mniejsze zagrożenie, że się spóźnię do pracy, jak to bywało gdy podróżowałem porannym pociągiem z Wrocławia. Ale to było dawno... Dobrze mi tu gdzie jestem. Może kiedyś zrezygnuję z życia w stolicy na rzecz ogrodu i pięknego widoku na akwen wodny.

Jest Pan już chwile na rynku, trochę czasu minęło od debiutu, czy od ukończenia szkoły. Wizja tego zawodu się sprawdza? Coś Pana zaskoczyło?

Aktorstwo to hazard, więc jest dużo zaskoczenia. Niewiele spraw da się przewidzieć począwszy od tego co wydarzy się na planie zdjęciowym po niepewność, kiedy będzie kolejna szansa na bycie aktorem i w jakich okolicznościach. W tym zawodzie szczęście trwa zwykle chwilkę, a rozczarowań jest znacznie więcej. To nie są moje słowa, ja je tylko parafrazuję po naprawdę wielkich aktorach ale dziś wiem, że w tym jest dużo prawdy. Mimo wszystko dopóki te chwile się zdarzają i wierzę w kolejne nie wyobrażam sobie robić czegoś innego.

Kiedyś wydawało mnie się, że wystarczy udowodnić, że się potrafi. Jest jednak zupełnie inaczej. Nie udowodni się wszystkim, a im dłużej uprawia się ten zawód, tym trudniej tego dokonać. Najczęściej nie mam szans na wzięcie udziału w castingu, na którym chciałbym się znaleźć. Zanim wystartuję w wyścigu, ktoś decyduje, że go przegrałem. Nie nadaję się do wszystkich ról i mam świadomość wielu swoich ograniczeń, jednak najważniejsze jest w tym zawodzie aby dostać szansę, a to zależy od innych. Mam nadzieje, że spora większość tych szans jest jeszcze przede mną.

Dużo się też zmieniło na przestrzeni tych lat kiedy zaczynałem, a wydaje mnie się, że to było niedawno. Dziś praca to ciągła walka o granice profesjonalizmu, o balans między spełnieniem zawodowym a groźnym wirusem rutyny. Droga na skróty ma swoje konsekwencje tak jak pasja ma swoje granice. Staram się organizować pracę według swoich zasad i kryteriów, by się nie wypalić.  

Pracuje Pan z bardzo różnymi reżyserami. Jakich reżyserów Pan ceni najbardziej (mówię o cechach, o sposobie pracy)? Z jakimi reżyserami najbardziej Panu po drodze?

Reżyser to kreator tego, co widzimy na ekranie, ale i tego, jak będzie wyglądać nasz dzień na planie. Dużo zależy od jego sposobu pracy, przygotowania, zaangażowania, ale i humoru. Dobrze jest pracować w przyjemnej atmosferze, jeśli spotykamy się codziennie tak jak to ma miejsce na planach seriali. Nie znaczy to jednak, że lubię kiedy reżyser mi odpuszcza. Im większe wymagania, tym lepszy efekt finalny. Niewątpliwe lubię kiedy reżyser jest otwarty na zmiany i słucha propozycji aktora. Jednak najciekawsze sytuacje w moim przypadku wytworzyły się z pewnego rodzaju natchnienia jakim zarażał mnie reżyser. I to dotyczy wszystkich projektów.

Za naszą aktorską metamorfozą często stoi sztab ludzi (charakteryzacja, kostium, scenografia, operator), ale to jednak reżyser popycha aktora w wymyślony przez siebie świat. Lubię, kiedy reżyser wie czego chce, a jego wyobrażenie nie zabija rzeczywistości która się tworzy w danym momencie na planie. Idealny reżyser darzy aktora zaufaniem, słucha i weryfikuje błędy, a przede wszystkim reaguje na bieżąco. Twórcza praca jest pełna adrenaliny, która udziela się wszystkim... oj, tęsknię za tym.

Jeśli miałbym wymienić reżyserów, których szczególnie cenię to wspomnę o tych którzy nie mieli jeszcze szansy zaistnieć wobec szerszej publiczności. Młodzi, jeszcze przed debiutami, których cechuje pasja kina, oryginalne spojrzenie na opowiadane historie, ale i wiele talentów, które w połączeniu z kinem prawdopodobnie sprawi, że wiedza o nich będzie powszechna. Miałem możliwość poznać wiele reżyserek i reżyserów podczas wspólnej pracy przy krótkich formach, kampaniach społecznych, czy reklamowych, filmach krótkometrażowych, teatrze telewizji, teledyskach... Młodzi, odważni, jeszcze przed debiutami, których cechuje pasja kina, oryginalne spojrzenie na opowiadane historie, ale i wiele talentów, które w połączeniu z kinem prawdopodobnie sprawią, że wiedza o nich będzie powszechna. Ich nazwiska ujawnię gdy będę miał benefis 50-lecia pracy artystycznej, kiedy będę mógł podziękować im za wspólne, ważne projekty. Chyba, że się wcześniej dowiem, że wykasowali mój numer telefonu i nie chcą już ze mną współpracować. Na ten moment jest wielu, z którymi chciałbym pracować częściej, dlatego ciągle sprawdzam czy mam zasięg w telefonie. (śmiech)

Są też teatr: Polonia, OCH, czy 6 piętro. Mam wrażenie, że to jest wyzwanie dla aktora. Praca na żywym “organizmie”? To też jest chyba pewnego rodzaju sprawdzian dla Was aktorów. Są to trzy różne instytucje, trzy różne teatry. Jest szansa na wykazanie się?

Na ten moment gram w dwóch warszawskich teatrach. Reszta tytułów zeszła z afisza. Na pewno jeszcze do końca następnego roku będę grał w „Mayday 2” w Och-Teatrze, gdzie wcielam się w rolę siedemnastolatka Gavina. Sam się dziwie, że to jeszcze możliwe i podobno jestem wiarygodny. Jakiś czas temu pewna pani, kiedy wychodziłem z teatru krzyczała „Gavin, kocham cię”. Jest więc sukces. 29 listopada o godz. 20.00 zagram ostatni spektakl pt. „Stalker. Interpretacja” w reż. Antoniego Ferencego w Teatrze Ochoty. Przedstawienie będzie można zobaczyć online na Facebooku teatru całkowicie za darmo. Wszystkich chętnych zapraszam przed odbiorniki, bo będziecie świadkami wyjątkowego dla mnie spektaklu, który w dobie pandemii jest jeszcze bardziej aktualny. Będzie to tym samym pożegnanie tego tytułu z deskami teatralnymi.

Wyzwaniem podczas pracy w teatrze często jest kumulowanie energii, by w momencie wejścia na scenę wystarczyło pary na dwie godziny życia w innej rzeczywistości. Taka praca wymaga treningu, dobrej sprawności psychofizycznej i kondycji. Nierzadko też bywa, że spektakl gramy po dwunastu godzinach pracy na planie albo po wielogodzinnej próbie do kolejnego przedstawienia. Najtrudniej jednak w sytuacjach kiedy mimo choroby czy przykrych życiowych zdarzeń występujemy przed publicznością. To prawdziwe wyzwaniem w teatrze na żywo. Wiele razy byłem świadkiem takich zdarzeń. Dzień po pogrzebie mojej babci zagrałem najlepszy spektakl od lat. Jak to wytłumaczyć (?)

Reszta to pewna codzienność, za którą dziś tęsknię i nie dlatego, że jest pandemia a dlatego, że jako aktor jestem głodny nowych ról. Bardzo bym chciał, by w bliskiej przyszłości, kiedy znów otworzą się sceny, pojawiła się dla mnie szansa na kolejną teatralną, prawdziwą przygodę.

Spotyka się Pan, jeżeli chodzi o Pana osobę, ze stwierdzeniem aktor charakterystyczny? Co ono wg Pana oznacza? Mam wrażenie, że Pan nie został zaszufladkowany?

Słyszałem już takie stwierdzenia, ale co to oznacza? Jeżeli to, że nie jestem nudny jak przeciętny amant, to na taka definicję aktora charakterystycznego mogę się zgodzić (śmiech). Potwierdza te definicje moja znajoma reżyserka twierdząc, że nie nadaję się do „ról nijakich”, bo tego zagrać nie potrafię. Może tak jest. Niestety bardzo często na naszym rynku pojęcie charakterystyczności wplątane jest wartościowanie i przydzielanie ról w jakiś tabelkach. Łatka, że dany aktor potrafi grać wyłącznie komediowo bądź dramatycznie postaci to podstawowy błąd. Porównań, do kogoś też jest wiele... Ja siebie nie zamykam w żadnych ramach i nie mam zamiaru. A trochę o sobie wiem.

Myślę, że posiadam wiele cech charakterologicznych, które utrudniają zaszufladkowanie. A z drugiej strony moja fizyczność możliwe, że dla niektórych twórców jest jednowymiarowa i dlatego proponują mi epizody, które już kiedyś zagrałem. Ucieczką od zaszufladkowania jest jedynie odmowa a to komfort, na który nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Mimo wszystko i mnie się zdarza. Szufladek w kredensie jest kilka w zależności od wielkości mebla. Każda nowa rola, może przynieść nam łatę, z którą będziemy musieli się zmierzyć. Im większa wyobraźnia i otwartość twórców, tym większe mam szanse, bo to oni decydują z jakiego powodu znajduję się w danym projekcie. Ja mogę jedynie realizować swój plan na siebie pokazując kim naprawdę jestem. To nie jest oczywiste, z której roli widzowie mnie kojarzą, a z której lubią, bądź nie. Był okres Kacpra z „Wojny polsko-ruskiej”, postaci teatralnych, a nawet z reklamy. Od jakiegoś czasu jest policjant z Sandomierza. Jutro jeszcze nie nadeszło więc zobaczymy co przyniesie. (śmiech)

Fajnie też się złożyło... dziś mija 12 lat od premiery Ojca Mateusza...

A jeszcze na koniec pytanie O PANA PLANY ZAWODOWE. CZY COŚ MOŻE PAN ZDRADZIĆ GDZIE PANA ZOBACZYMY?

Czekam na nie ale gwarantuję, że nie bezczynnie. Coś musi się wkrótce wydarzyć! (uśmiech) 

 

Foto: Robert Popławski

Czytany 547 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 23 listopad 2020 15:03

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama